Czytam

Dobry ksiądz z Polski

Polski ksiądz czeskim celebrytą? Nie do pomyślenia…

A jednak! Książka „Bóg nie jest automatem do kawy” (org. „Postel, hospoda, kostel”, czyli łóżko, knajpa i kościół) przebojowo podbiła czeski rynek wydawniczy, a czytelnicy nagrodzili ją najważniejszą nagrodą literacką u naszych południowych sąsiadów. To zaskakujące co najmniej z kilku powodów.

Byłem bardzo zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że Czesi za Polakami co najmniej nie przepadają. Jak się pochodzi ze Śląska, to Czechy wydają się być czymś szalenie bliskim. To zaraz rzut beretem stąd, w radio lecą czeskie stacje, a dzieciństwo wypełniają Reksio za pan brat z Krtkem. Teraz jest już trochę inaczej, bo telewizja cyfrowa radykalnie poszerzyła zakres dostępnej oferty wizualnej, ale jeszcze z 15 lat temu ograniczenie do kilku kanałów i krótkozasięgowej anteny, skutkowało przeplataniem losów doktorów Sovy i Štrosmajera z perypetiami lekarzy w Leśnej Górze. Dla dziecka a ze Śląska, Czechy są na wyciągnięcie ręki.

Jak do tego dodać braterską mitologię Lecha, Czecha i Rusa, oraz pozornie podobny język („taki śmieszny polski”), to Czesi zdają się być niemal jak Polacy, tylko ciut dalej na południe. Każdy tam kiedyś był, zjadł ser z omáčką i wypił dużo piwa. Pojawia się tak naprawdę niczym nieuzasadnione przekonanie, że skoro my mamy do nich stosunek przyjacielsko-pobłażliwy, to przecież oni też powinni mieć do nas podobny. Problem w tym, że bardzo często ta polska sympatia zawiera wiele pogardy. Szczególnie widać to przy języku, wokół którego buduje się całą masę żartów, albo chociaż podejścia „Polak po czesku zawsze zrozumie”. Inna podłość, to wypominanie tchórzliwości w trakcie wojny, tak jakby każdy z nas miał dziadka, co walczył z Hitlerem. Zapomina się o radzieckiej inwazji z 1968 roku z czynnym udziałem Polaków, o napiętej sytuacji Zaolzia, czy po prostu o tym, że jednolitość słowiańszczyzny należy wpisać w rejestr legend, a nie faktów. Nasze języki może brzmią podobnie, ale stąd daleka droga do wzajemnego zrozumienia. Nic dziwnego, że często w oczach Czechów jesteśmy widziani jako pyszni, aroganccy, chamscy czy po prostu nieco zacofani.

Przestrzeń religijna też na różni, a nawet trudno szukać odleglejszych sąsiadów. Polska z przynajmniej nominalną większością katolików (jak to jest faktycznie pokazują niedawne badania…) ma się nijak do mocno zateizowanych Czech. Nakłada się na to cały nawis zależności historycznych, relacji religii do państwowości, polityki fundacyjnej i mitologii założycielskiej. Mimo zwiększającej się liczby osób odchodzących od Kościoła, nadal jesteśmy liderami we wskaźnikach religijności. W tych samych statystykach niby bliscy Czesi lądują na przeciwległym biegunie. Bardzo dalekie te nasze sąsiedztwo.

Tym większym zaskoczeniem będzie fakt, że sercami Czechów zawładnął ksiądz z Polski. Ks. Zbigniew Czendlik proboszczuje w niewielkim Lanškrounie od lat 90. i przez te niemal trzy dekady zdążył przebić się do medialnego mainstreamu jednego z najbardziej niewierzących społeczności. Prowadzi własny talk-show w czeskiej telewizji, przyjaźni się z gwiazdami i niemal został wybrany najpopularniejszym… Czechem. W Polsce dowiedzieliśmy się o nim niedawno, a okazji dostarczyło wydanie wywiadu-rzeki z ks. Czendlikiem, który przeprowadziła  Markéta Zahradníková. Książka „Bóg nie jest automatem do kawy”, będąca hitem za południową granicą, także u nas wywołała całkiem niezłe zamieszanie. Dość powiedzieć, że zdążyłem już kilkukrotnie o księdza Czendlika pospierać się z przyjaciółmi.

Dla wielu, którzy książki nie czytali, Czendlik to wariat w czerwonych szpilkach. Zdjęcie księdza w takim obuwiu wybrali na okładkę wydania promującego książkę Dowodów na Istnienie redaktorzy Dużego Formatu. To żaden fotomontaż. Ksiądz Zbigniew kilka lat temu brał udział w kampanii społecznej promującej równość praw kobiet, w której rozmaici bywalcy czeskich mediów będący mężczyznami, właśnie czerwone szpilki zakładali i w nich pozowali do estetycznych zdjęć. Okazuje się, że w Polsce dla wielu dwa buty starczą, by wywołać debatę na temat całej osoby. Innym średnio pasowało, że polskim księdzem w Czechach zainteresował się Vogue. Jeśli przez tekst w Vogue’u ktoś natrafił na książkę, a przez nią zmienił choć trochę swe zdanie o Kościele, to super, to znaczy że się udało.

Jeszcze innemu będzie bruździć, że księdzu Czendlikowi nie w smak chodzenie w sutannie. Lubi ładne garnitury i ma słabość do drogich perfum, o czym w książce kilkakrotnie wspomina. To akurat punkt, w którym już mi samemu włącza się kontrolka alarmowa, bo mimo wszystko oczekuję od każdego księdza względnej skromności – przynajmniej takiej, która jest o ten stopień większa od skromności jego wiernych – ale nie będę nikogo odsądzał od czci i wiary za to, że lubi dobre ciuchy. Czendlik nie nosi się po księżowsku, ale jeśli mu tak łatwiej dotrzeć do wiernych, to niechże tak dociera. Kramerowi też wytykają muszki, a ze świecą szukać drugiego takiego pobożnego kapłana.

Ważne żeby mu nie zasłoniły tego co najważniejsze, czyli Boga i ludzi, do których jest posłany. O to w przypadku księdza Czendlika się nie martwię. Tak ks. Zbigniew mówi o Nim i o nas:

„Jeżeli naprawdę chcemy Go chwalić i okazywać Mu wdzięczność, powinniśmy brać przykład z Jezusa, który w prosty sposób wskazał nam drogę. Zszedł na ziemię, by służyć ludziom. (…) Najlepszym sposobem na adorację Boga jest miłość bliźniego. (…) Wiara polega na czynieniu nie minimum zła, ale maksimum dobra”

Daję tylko jeden cytat, ale więcej nie trzeba – więcej znajdziecie sobie w książce, która pęka od takich petard. Ksiądz Czendlik to proboszcz jakiego wielu mogłoby lanškrouńskim wiernym pozazdrościć. Raz, że dobry i sprawny organizator, który zdając sobie sprawę z posłuchu jaki zdobył w mediach, w pierwszym rzędzie dba o parafię.

Dwa, że to człowiek obdarzony ogromnym sercem otwartym na ludzi – pierwszy skłaniający głowę na „Dzień dobry”, znający każdego z osobna. Książkę wypełniają po brzegi anegdotki, historyjki i sceny pełne żywych, konkretnych osób. O żadnej z nich ks. Czendlik nie mówi źle, nawet jeśli zalazła mu za skórę. Nikogo nie skreśla. To naprawdę wyjątkowo rzadka postawa.

Trzy, że Czendlik jest bardzo wesoły, ale nie błaznujący. Pozostaje samokrytyczny, świadomy swoich wad i może właśnie dlatego nie zgorzkniały. Aż nadmiernie podkreśla swoją przeciętność i antyintelektualizm, co dla niektórych może być odrzucające, lecz jednocześnie swobodnie pokazuje że największa mądrość przejawia się w życiowych sytuacjach. Co najważniejsze pokazuje jak w ludzkiej codzienności obecny jest Bóg.

Można liczyć dłużej, ale w gruncie rzeczy nie ma po co. „Bóg nie jest automatem do kawy” to po prostu fantastyczna, budująca pozycja, która ukazuje „dobrą twarz” Kościoła. Taką, jaką chciałoby się widzieć na co dzień, w najbliższym otoczeniu. Znam wiele osób, które nie zobaczyły jej nigdy, a z czasem narastała w nich taka niechęć, że już odpuszczali. Może na tym polega sukces księdza Czendlika, że swoją pogodą ducha i szczerością jest w stanie dotrzeć do tych, którzy już dawno do kościoła nie zaglądali? Przecież potrzeba żebyśmy szli do tych co się źle mają i ksiądz Zbigniew właśnie to potrafi. Nie trzeba dużo. Wystarczy zacząć od tego, że się przestawi wajchę i zacznie nie tyle unikać zła, co przeznaczać energię na czynienie dobra. Być uprzejmym dla sąsiadów, miłym dla obcych. Nie oceniać pochopnie i nie obmawiać. Służyć Bogu przez służbę ludziom – od małych kroków, do wielkiego dzieła.

 

***

Markéta Zahradníková, ks. Zbigniew Czendlik, „Bóg nie jest automatem do kawy”, tłum. Julia Różewicz, Dowody na Istnienie, 2018.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *