Oglądam

Wtem byłem na „Dunkierce”

Jeśli sami nie widzieliście, to może nie czytajcie, choć trudno zaspoilować historię możliwą do poznania z Wikipedii, lub już wiadomą z ogólnego oglądu historycznego. Ale jeśli nie byliście, to idźcie, bo to po prostu doskonałe kino.

Czasem mówi się o „młodych zdolnych”, którzy zbudują kinematografię naszych czasów. Christopher Nolan ani młody, ani też nowy, ale tym filmem wchodzi na prostą do zostania ikoną pokolenia. Niektórzy powiedzą, że „Interstellar” czy „Incepcja” były lepsze. To dobre filmy i wyraźne świadectwa stałego progresu, ale w „Dunkierce” proces, który obserwowaliśmy, nabiera pełniejszego kształtu i jest mocniej wyrażony.

Kino wojenne łatwo sklasyfikować jako gatunkowe – dla wybranego widza lubującego się w konwencji historycznej. Tutaj temat zostaje wykorzystany do opowiedzenia znacznie bardziej ogólnej historii. Historii o wolności i niewoli, otwartości i zamknięciu, nadziei i rozpaczy.

Przez krótki jak na Nolana film, cała ta trójka par operuje od samego początku, aż do końca. Jeden z bohaterów w otwierającej scenie biegnie wąskimi uliczkami francuskiego miasta. Ściany budynków zamykają w kwadracie ograniczającym pole kadru oddział żołnierzy kryjących się przed kulami wroga. Giną wszyscy, przeżywa jeden. Nie pada żaden dźwięk prócz świstu kul i oddechu bohatera. Jest miejska klatka, lub sytuacja zwierzyny łownej przypartej do muru. Jak w śnie, w którym masz do pokonania ciasną przestrzeń i za nic nie chcesz w nią wchodzić, ale wiesz, że jeśli przez nią nie przejdziesz, to nie przeżyjesz.

Bohater wybiega na plażę. Kadr się maksymalnie poszerza. Widzimy wielkie nabrzeże pełne ludzi. Mocne słoneczne światło odbija się w wodzie. Miejsce na wytchnienie przed drogą do domu, który jest tuż za rogiem, ale zarówno przestrzeń, jak i czas, ukazują tu swoją relatywność. Bo choć widzimy wielkie pole, tak naprawdę staje się ono klatką dla setek tysięcy ludzi. Stamtąd nie ma jak uciec – robi się coraz ciaśniej i ta ciasność widza dotyka niemal fizycznie.

Otwiera się ścieżka dźwiękowa, która liczy dziesięć kawałków, lecz w filmie są one właściwie nieodróżnialne, tworząc spójny, godzinny utwór. Tempo wzrasta i bębni w rytmie wskazówek zegara łamanych przez syrenę alarmową. Tak jest do samego końca, który wieńczy sekwencja przeprowadzona w niemal absolutnej ciszy, przełamanej przez wyjątkową w całym filmie scenę dialogową.

Nolan operuje na ciasnocie i robi to dobrze. W „Incepcji” była to wielopłaszczyznowa ciasność umysłu przybierającego strukturę matrioszki. W „Interstellarze” były to jednoprzymiotnikowe planety, niewielki statek kosmiczny i zmniejszająca się Ziemia. Tu jest równie dramatycznie, a nawet bardziej. Bo ciasność każdej z przestrzeni zmieszczonych w filmie jest zupełnie prawdziwą. To zamknięcie realnie przeżyte przez weteranów nie tylko tej, ale każdej dowolnej wojny. Zamknięcie skutkujące kompletnym złamaniem człowieka i jego osobowości. Zawarciem się w sobie, które nie ma nic wspólnego z narcyzmem, ale jest śmiercią za życia. Trumną z własnego ciała.

Obiektywne formy naoczności mające stabilizować świat, ulegają zniekształceniu, bo nie ma czasu i przestrzeni „po prostu”. Jest czas i przestrzeń doświadczenia indywidualnego. Oddanie tego trudnego zjawiska udało się Nolanowi w zupełności. I właśnie dlatego uważam ten film za absolutnie wybitny.

***

„Dunkierka”, reż. Christopher Nolan, 2017.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *