Oglądam

Bóg ukryty w rzeczach małych

Pytanie, przed którym stoję jako widz tych dwóch historii, tak mocno oddziałujących na mnie samego, jest jedno: czy tam, gdzie znajdują się ich bohaterowie, faktycznie znajduje się miejsce dla Boga?

„Paterson” Jima Jarmuscha i „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana są jak dwie strony tej samej monety. Zachwycają subtelną kameralnością, przewrotnie ukazują przeciętność codzienności. Dzieją się w światach na skraju rozkładu: czy to rozumianego jako miejsce do życia, czy też poprzez rozpad osoby w melancholii. Wierzę, że oba także mogą pokazać, jak działa Bóg.

„Paterson”, czyli piękno przeciętności

Grany przez Adama Drivera Paterson jest kierowcą autobusu w mieście Paterson. Już samo to wystarczy, by zobaczyć w bohaterze filmu Jarmuscha everymana.

Paterson wstaje rano, przytula swoją dziewczynę Laurę, idzie do pracy. Tam zagaduje go kolega, który niby nie chce dzielić się swoimi problemami, ale na pytanie „Jak się masz?” zawsze szczerze odpowie o tragediach, które na niego spadły (żona zła, z teściową kłótnia, sąsiad krzywo patrzy i tym podobne). Paterson przez cały dzień prowadzi autobus. Ma przerwę na lunch przy wodospadzie, pod wieczór wraca do domu, gdzie Laura sprzedaje mu kolejny pomysł na karierę, on zaś cierpliwie słucha. Wyprowadza psa, wypija piwo w lokalnej knajpie, ucina sobie pogawędkę z barmanem wspominającym, „jak to kiedyś było ciekawie”. Kładzie się spać.

Każdy dzień jest taki sam. Jeden od drugiego odróżniają tylko pasażerowie autobusu Patersona i biznesowe fantazje Laury będącej jak alter ego głównego bohatera. Nad wszystkim ciąży ogromna powtarzalność. Nawet w mieście Paterson spotykamy niepokojąco wysokie natężenie bliźniąt.

Miasto, w którym dzieje się akcja filmu, przypomina miejsce wymierające. Opustoszałe hale fabryczne mówią o przemysłowej przeszłości, z której niewiele zostało.

Brzmi to jak przepis na najnudniejszy film świata, ale często tak właśnie wygląda nasze życie. Codziennie poddajemy się tym samym czynnościom, dbamy o to, by wstawać o tych samych godzinach i o tych samych godzinach kłaść się spać. Chodzimy do tych samych barów i spotykamy te same osoby.

Jednak gdy wyszedłem z kina, byłem pewien, że to jedno z najciekawszy dzieł, jakie widziałem w ciągu ostatniego roku, a to uczucie towarzyszy mi do dziś. „Paterson” to film o zakochaniu w codzienności i czytaniu jej do samej podszewki. Główny bohater jest poetą, a jego wiersze starają się wydobyć z tej pustki każdy pojedynczy skarb. Czy to pudełko od zapałek, czy włosy dziewczyny, czy fale wodospadu – wszystko jest tematem, każdy obiekt może być przedmiotem refleksji. W każdej poszczególnej sekundzie ukryte jest to, co niesamowite. Przecież każdy moment jest mały, bliski i konkretny. Każdy jest odmienny.

„Paterson” to dramat obyczajowy z komediowym sznytem, lecz trudno mi odrzucić religijną optykę. Jedną z największych duchowych walk naszych czasów jest walka z poczuciem powtarzalności, które skutkuje beznadzieją. Sprzyja nam automatyzowanie czynności, przestajemy przywiązywać wagę do detali. Wystarczy zrobić prosty eksperyment i zacząć sobie przypominać, co miało miejsce w moim zeszłym tygodniu: jakie rzeczy wymienię? Zapamiętam powtarzalne formy, lecz to tak jakbym nie pamiętał nic. Pewnie najczęściej opowiem o tym, że znów robiłem to samo. Skupię się na osnowie mojego czasu, ale nie na wątku. Poszukujemy niesamowitości, ale nie myślimy o tym, że to, co niesamowite, jest przecież codziennie na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko się temu przyjrzeć.

Papież Franciszek w homilii podczas mszy na Jasnej Górze mówił o tym, jak zbawia Bóg – przez stanie się małym, bliskim i konkretnym. Bóg woli ludzi prostych, którzy sprzeciwiają się pysze świata. Jest bliski w pragnieniu wchodzenia w nasze codzienne życie, dzielenia go z nami. Wreszcie jest też konkretny, bo dotyka wyraźnych punktów naszego bycia – jest w każdej sekundzie.

„Manchester by the Sea”, czyli powtarzalność melancholii

Michał Oleszczyk w opublikowanej na Facebooku recenzji napisał, że „pod wieloma względami jest to «anty-Paterson»; historia o tym, że kiedy dławi nas smutek, to żaden rysunek na pudełku od zapałek ani żadne tańczące molekuły nie objawią znienacka mocy zbawczej”. To prawda, „Manchester by the Sea” to film o niemocy i melancholii. O żałobie, która nie ma końca, i „o bohaterze tak bardzo obarczonym poczuciem winy, że aż niezdolnym do zadania sobie pytań o coś takiego, jak «przyszłość»” (to ponownie celna uwaga Oleszczyka). Mimo to budowa kontrastu opiera się na rozpoznaniu podobieństw, a tych jest trochę między obydwoma filmami.

W filmie Kennetha Lonergana także jesteśmy wrzuceni w świat w stanie rozpadu, lecz tym razem dotyczy on sytuacji egzystencjalnej bohaterów. Lee Chandler, główny bohater filmu, jest zupełnie przeciętną postacią, która z własnej winy doświadczyła niewyobrażalnej tragedii. To człowiek dotykający dna rozpaczy, posypujący swe rany solą. Melancholia to stan, który wyklucza przezwyciężenie. To powtarzalność bólu, nad którym nie sposób zapanować. Nie można jej odżegnywać stopniowo, bo sama stopni nie zawiera – to wieczny powrót do źródłowego doświadczenia cierpienia. Nieprzypadkowo Freud zestawiał ją z żałobą, bo ta druga ma pewne strategie przejścia, jest czasowa i zakłada koniec. Żałoba wymaga od nas podjęcia określonych działań manifestujących się publicznie. Żałobnik ubiera się w pewien sposób, przeżywa czas, nadając mu formy i wyznaczając jego koniec. Melancholia, przeciwnie, jest bezforemnym i stałym osłabieniem.

Podobnie jak w „Patersonie” również tutaj cała historia rozgrywa się w rzeczach konkretnych i bezpośrednich. Istotna jest każda rozmowa, pojedynczy gest, spojrzenie. To wszystko rzeczy małe, lecz skrupulatnie budujące dynamikę fabuły. Casey Affleck grający Lee z pewnością zasłużył na tegorocznego Oscara za główną rolę męską, lecz nie tylko on pozostaje w pamięci widza. Niezwykli są także Lucas Hedges w roli bratanka Lee oraz Michelle Williams jako Randi, była żona Chandlera, którzy byli nominowani do Oscarów. Williams pojawia się ledwie kilka razy na ekranie, lecz każda ze scen rozgrywanych między nią i Affleckiem daje poczucie ogromnego napięcia emocjonalnego. W pewnym momencie nie sposób patrzeć na to, co się dzieje w filmie, jak na daleki świat przedstawiony, bo uczucia bohaterów udzielają się widzowi. Patrząc na ten rozerwany bólem świat, uruchamia się pytanie o to, gdzie jest Bóg, kiedy cierpię? Dlaczego przyzwala na takie zło?

W jednej ze scen bratanek głównego bohatera udaje się do dawno niewidzianej matki, będącej w drugim małżeństwie. Kobieta ze skomplikowaną przeszłością znalazła nowe życie u boku bardzo pobożnego mężczyzny. Ich życie przesiąknięte jest atmosferą ciągłej modlitwy i dziękczynienia, ale cała sytuacja nie wygląda na uczciwą, prawdziwą. Chłopak obserwując tę relację, kompletnie się w niej nie odnajduje i wyczuwa czysto deklaratywny charakter religijności tych ludzi. Gdy wraca autem ze stryjem, narzeka na ich „chrześcijańskość”, na co Lee odpowiada: „Przecież jako katolicy też jesteśmy chrześcijanami”.

To niezwykły moment, bo dopuszcza myśl o jakieś ukrytej duchowej płaszczyźnie, po której wędruje Lee Chandler. Czy główny bohater po tym, co go spotkało, ma jeszcze jakąkolwiek relację z Bogiem? Jeśli tak, to jak bardzo bolesne musi być to poczucie? To noc ciemna, w której trudno o jakikolwiek promień światła.

Gdzie jest Bóg, gdy rozpacz mi Go przesłania? Czy jest dla Niego miejsce w powtarzalnej codzienności, która na pierwszy rzut oka kompletnie wydaje się nieuświęcona? Czy towarzyszy mi w zniechęceniu albo wtedy gdy Go nie szukam?

Przypominam sobie „Patersona” i słowa papieża: małość, bliskość, konkretność. Bóg jest w każdej z tych chwil i jej ze mną doświadcza. Czyni każdą chwilę niepowtarzalną przez swą stałą bliskość. Wcielił się po to, by także cierpieć, ale i cieszyć się życiem – każdym konkretnym dniem z jego monotonią. Jego towarzyszami byli ludzie prości i mali: rybacy czy celnicy nie mają w sobie romantycznego zrywu niezwykłości. Kierowca Paterson i dozorca Chandler byliby równie dobrym materiałem na apostołów, gdyby Chrystus wcielił się współcześnie. To ludzie ulepieni z tej samej gliny i my także z niej pochodzimy. Właśnie w niej pracuje Boża łaska, która pozwala oświetlać momenty ciemne przez to, że każdy z nich jest konkretny, sprowadza się do spotkania z drugim człowiekiem, podsłuchania czyjejś rozmowy czy momentu zachwytu drobnostką. To łaska jest przyczyną zmiany i źródłem chrześcijańskiej nadziei.

Pytanie, przed którym stoję jako widz tych dwóch historii, tak mocno oddziałujących na mnie samego, jest jedno: czy tam, gdzie znajdują się ich bohaterowie, faktycznie znajduje się miejsce dla Boga? Śmiem twierdzić, że jest go bardzo dużo. Taką też lekcję wyciągam z obu nadspodziewanie bliskich sobie filmów.

***

„Paterson”, reż. Jim Jarmusch, 2016.
„Manchester by the Sea”, reż. Kenneth Lonergan, 2016.

 

Tekst ukazał się na portalu DEON.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *