Czytam

Nasza walka Knausgårda

Nie skłamię pisząc, że to jedna z najważniejszych książek w moim życiu.

Mam dopiero 28 lat i być może, gdy będę miał ich 60, zupełnie inaczej ocenię powieść norweskiego pisarza. Nie wiem. Wiem natomiast tyle, że na obecnym etapie życia niemal zupełnie odnalazłem się w sześciotomowym zapisie przeżywania, który Karl Ove Knausgård przedstawia w „Mojej walce”.

Każda z części przyciąga mnie tak samo mocno, z każdym kolejnym tomem czuję się tak, jakby norweski pisarz zaglądał do mojego życia. Podobnie jak Knausgård – doświadczam siebie, swoich przeżyć, a przecież czytam tekst obcego mi człowieka, którego nigdy nie poznałem i być może nigdy nie spotkam. Napisać, że to dziwne uczucie to mało, dlatego spróbuję przedstawić sprawę bardziej obrazowo. Wyobraź sobie, że zostałeś zaproszony na przyjęcie do nieznanej ci wcześniej osoby. W poszukiwaniu toalety przez przypadek wchodzisz do najbardziej ukrytego przed postronnymi oczyma miejsca w mieszkaniu – sypialni. Czujesz naturalny zapach gospodarza, widzisz niezasłane łóżko, rzeczy, które mówią więcej o człowieku niż jakiekolwiek wygłoszone przez niego zdanie. Po chwili ze zgrozą, ale też niepokojącą fascynacją, odkrywasz, że to Twoja sypialnia. To Twoja pościel, Twoje łóżko, Twoja bielizna na podłodze. Zapach, który czujesz, jest Twoim zapachem. Dezodorant na bieliźniarce jest Twoim dezodorantem, a na wieszaku wisi Twoja koszula. Tak właśnie odbieram słowa, którymi Knausgård opisuje swoje życie.

Rzecz jasna, pewną przesadą byłoby twierdzenie, że w Norwegu odnalazłem swojego nieznanego bliźniaka, bo nie każde jego doświadczenie było także moim, ale jednak lektura kolejnych części „Mojej walki” umacnia bliskość, która łączy mnie z tym pisarzem. Czasem zastanawiam się, jak byśmy się czuli w swoim towarzystwie. Być może wcale nie przypadlibyśmy sobie do gustu i zobaczyłbym jak bardzo różny ode mnie jest ten człowiek. Ale sama książka tego nie ułatwia: widzę i czuję świat jak Knausgård, co –  biorąc pod uwagę fakt, że zdarza się to  wielu innym czytelnikom –  może być przebiegłym złudzeniem. Pułapką, jaką zastawia w „Mojej walce” norweski pisarz. Może to po prostu doskonała literacka konstrukcja, która umożliwia złudne poczucie bliskości z kimś, kogo nie znasz?

Firanki są cały czas odsłonięte

W Holandii panuje tradycja niezasłaniania okien, która sięga korzeniami daleko w przeszłość. Mieszkania znajdujące się na parterze były wyposażone w duże witryny okienne, które ukazywały przypadkowemu przechodniowi cały jego rozkład. Ten dziwny zwyczaj wziął się od  żon marynarzy, które –  czekając na mężów będących na morzu –  odsłaniały okna, aby pokazywać, że się „dobrze prowadzą”. Trochę jak w kinie, nieco perwersyjnie, można było (i nadal można) podglądać codzienne życie Holendrów. Witryna dawała poczucie wejścia do intymnego świata nieznanych osób, ale nie mówiła zbyt wiele o ich prawdziwym życiu. Haczyk polegał na tym, że całość była nieco sztucznie zaaranżowanym spektaklem. Wiele codziennych spraw miało miejsce w głębi domu, zaś widoczna przestrzeń funkcjonowała na zasadzie widowiska dla przechodnia, które miało  ukazywać prestiż mieszkańców domu. Była to także demonstracja purytańskiej mentalności Holendrów, mówiąca: „Popatrz, tak żyjemy. Nie mamy niczego do ukrycia”. Ale im większe i bardziej przejrzyste będą okna, tym więcej można ukryć przed oczyma obcych.

Ekshibicjonizm czy autoterapia?

Wydaje się, że monumentalna „Moja walka”, której czwarty tom miesiąc temu ukazał się w języku polskim, działa na zupełnie odwrotnej zasadzie. Ufam w szczerość Knausgårda. Sam pisarz i jego bliscy doświadczyli ryzyka związanego z publikacją powieści. Norweg nie stosuje przemilczeń i po ukazaniu się pierwszego tomu poświęconego jego ojcu, część rodziny odwróciła się od pisarza. Kolejne części doprowadziły do załamania nerwowego żony, o czym pisarz informuje w  jednym z kolejnych tomów książki.

Informacje te mogą decydować o pojawiającym się wśród niektórych krytyków negatywnym odbiorze książki. Mówią, że to nadmierny ekshibicjonizm, że przywoływanie rzeczy trudnych jest jak dokonywanie wiwisekcji. Stawia nie tylko samego pisarza, ale także jego najbliższych jako nagich w oczach świata. Jest coś na rzeczy – ten eksperyment literacki może przerażać, może być widziany jako obrzydliwe i egoistyczne wyciąganie brudów, mające na celu przysporzyć sławy jednostce. Bardziej wyrozumiały odbiorca powie, że to forma autoterapii, ale przyzwyczajeni do kultury ukrywania tego, co bolesne, możemy reagować oporem na poznawanie czyichś intymnych doświadczeń. Knausgård, zdaje się, nic sobie z tego nie robi i pozuje na literackie monstrum. Pisarz bez ogródek w szalenie prosty i bezpośredni sposób pisze zarówno o sytuacjach okrutnych, jak i przepięknych; poruszających i bolesnych. Mimo tego pytanie „po co?” jest jak najbardziej uzasadnione.

Ściąganie masek

Neil Gaiman we wstępie do „Drażliwych tematów” przywołuje zdanie, które powtarzają przed lotem stewardesy na pokładzie samolotu: „Załóżcie maski najpierw sobie, a dopiero potem innym”. To prosta instrukcja ratunkowa, ale Gaiman wychwytuje w niej wielki potencjał metaforyczny. Przecież dokładnie tak robimy na co dzień.

Budzisz się rano, opuszczasz mieszkanie, idziesz do pracy i funkcjonujesz w jakimś kontekście, w jakiejś formie –  masce. Gdy spotykasz wieczorem znajomych, przyjmujesz inną. Gdy odwiedzasz rodziców – ponownie dokonujesz zmiany kostiumu. Wielu przywiązanych do mitu nagiej autentyczności uważa to za fałszowanie rzeczywistości. Sam myślę, że innej rzeczywistości zwyczajnie nie ma, bo w każdej z tych sytuacji ciągle jesteś sobą. Cała autentyczność sprowadza się do tych obliczy. To, kim jesteśmy zależy od tego, co pokazujemy, jakie postawy przyjmujemy, od tego, jakie są nasze słowa i czyny, czy nie ma między nimi pęknięć. Gdy patrzymy na innych, to także zakładamy im maski: w kimś widzimy autorytet, w innym duszę towarzystwa, a jeszcze w kimś trzecim – zwykłego buca. Na tym polega nasza powszechna społeczna interakcja – na wymianie masek, które sami konstruujemy. Knausgård „Moją walką” niejako mówi – pas. Zaburza granicę między faktem a fikcją, biografią a literaturą piękną. Mówi: „Taki jestem, o takim mnie czytasz, takiego siebie tobie prezentuję”. Nie widzę w tym pychy, a jego transparentność  głęboko mnie fascynuje.

Pisze o sobie, pisze o mnie, pisze o Tobie, pisze o nas

Drugą kwestią jest fenomen czytelniczy, który wywołała „Moja walka”. Zanim zacząłem własną przygodę z powieścią Norwega, bardzo dużo o niej słyszałem. Zafascynowany tym  zjawiskiem pytałem znajomych: „O czym właściwie jest ta książka?”. Od niemal każdej osoby słyszałem w odpowiedzi  – „o życiu”. Bardzo dobrze, ale o jakim i czyim? Trudno coś dodać do tego lakonicznego stwierdzenia, bo „Moja walka” właśnie życia dotyczy. Nie ma w niej literackich fajerwerków. To powieść o tym, jak swoje życie widzi i przeżywa Karl Ove Knausgård. Jednak jednocześnie udała mu się rzecz absolutnie niespotykana, bo pisząc o sobie, pisze o wielu z nas. Czytelnicy podkreślają bliskość własnych doświadczeń z tymi, które przytacza norweski pisarz. Udaje mu się uogólnić swoje życie do tego, że przybiera ono postać uniwersalnej opowieści, paradoksalnej „powszechnej” biografii.

Gdy pisze o swoim dzieciństwie, odnajduję w sobie te same uczucia, o których pisze autor. Podobnie jest w przypadku kolejnych części i wątków – nastoletniości i wkraczania w dorosłość. Knausgård potrafi lawirować między planami czasowymi na poziomie jednego tekstu. Będąc dojrzałym człowiekiem opisuje, jak postrzega świat  dziecko czy osiemnastolatek, dokładnie  tak, jak człowiek w tym wieku go widzi. Wiele z jego historii mnie jeszcze czeka, ale już teraz mogę zaryzykować stwierdzenie, że ten czterdziestosiedmioletni pisarz potrafi fenomenalnie  oddać kolejne etapy ludzkiego życia.

Opowieść o tym, jak się dojrzewa

Czwarty tom dotyczy dorastania, mozolnej przemiany chłopca w mężczyznę. To trudny okres, w którym dystans do samego siebie jest ostatnią z dostępnych postaw. Chyba każdy z nas czuł się wtedy królem życia i panem świata. I tak właśnie Knausgård go ujmuje: jest zbuntowany, zbyt pewny siebie, przeżywa osobiste dramaty, podczas gdy są to zwyczajne elementy większego procesu. Pamiętam ten czas bardzo dobrze, bo jest mi stosunkowo bliski i umiem zobaczyć siebie w osiemnastoletnim Karlu Ovem – przekonanym o swoim geniuszu i niezwykle istotnej roli w świecie, nieznoszącym sprzeciwu. To wszystko jest szalenie śmieszne, bo – czytając tę książkę z perspektywy dwudziestokilkulatka okazuje się, że samemu dorastaniu towarzyszy jakaś żałosność. Klęski, które wtedy ponosimy, często mają się nijak do dalszych porażek, a mimo tego urastają do rozmiarów potężnych rozczarowań. Mamy wiele planów i marzeń, z których większość znajduje się w sferze odrealnionych gdybań, ale sami tego wtedy nie widzimy. Myślimy, że pierwsze sukcesy będą stanowić o dalszej potędze, podczas gdy spotyka nas cała masa zakrętów, wyborów i zmian. Wszystko to z perspektywy czasu wydaje się na wyrost, i właśnie ten nadmiar udało się  Knausgårdowi w czwartym tomie „Mojej walki” oddać.

Autor, gdy pisze o burzliwym okresie matur, ujmuje go następująco: „Na początku czerwca tamtego roku zapisałem w dzienniku, że miesiące przed maturą były najszczęśliwszym okresem mojego życia. Właśnie takich słów użyłem. Najszczęśliwszy okres mojego życia. Dlaczego tak napisałem? Miałem w sobie tyle radości. Śmiałem się, byłem wolny i bratałem się ze wszystkimi.”. Sam pisarz zastanawia się, co stało za tamtą oceną. Jak możemy tak wcześnie uznawać jakiś etap za najszczęśliwszy? Co wie o szczęściu nastolatek, skoro jeszcze nie opuścił domu, nie nauczył się samotności i samodzielności? Towarzyszy nam wtedy wiele przekonań, staramy się wyrabiać opinie, ale nie musi upłynąć wiele wody w rzece, żeby uległy one radykalnym zmianom. Wchodzimy w świat myśląc, że jesteśmy już kompletni, podczas gdy dopiero rozpoczyna się wielki proces definiowania siebie samych, lokalizowania własnej tożsamości, wykuwania jej w doświadczeniu klęski, ale też wychodzenia z kryzysu.

Knausgård ma w sobie ogromnie wiele empatii. Potrafi elastycznie wejść w swoją przeszłą skórę i płynnie przywoływać dawne sposoby postrzegania świata. Czasem przybiera to zabawną postać, zwłaszcza gdy pisze o fascynacji dziewczynami. Każda jest równie przepiękna i porywająca, każdej pragnie, tak jak może kogoś pożądać tylko nabuzowany dzieciak. Gdy pisze o pierwszej miłości, jest w stanie zarysować również inne, szczególne doświadczenie – wielkiej czułości, która jej towarzyszy: „O, to jest pieśń o młodym mężczyźnie, który kocha młodą kobietę. Czy ma prawo użyć słowa «kochać»? Nie wie nic o życiu, nie wie nic o niej, nie wie nic o samym sobie. Wie jedynie, że nigdy wcześniej nie czuł niczego z taką siłą i taką wyrazistością. Wszystko sprawia ból, ale nic nie jest równie przyjemne. O, to pieśń o szesnastolatku, który siedzi w autobusie i myśli o niej, tej jedynej, nie wiedząc, że uczucia powoli, powoli będą matowiały i słabły, że życie, które teraz jest takie wielkie i nieogarnione, nieubłagalnie zacznie się kurczyć, aż osiągnie rozmiary, z którymi człowiek będzie umiał sobie poradzić, zmieni się w coś, co już tak bardzo nie boli, lecz zarazem nie przynosi już takiej radości”.

Choć zaraz potem zaznacza, że takie słowa był w stanie napisać tylko czterdziestolatek, to mimo wszystko jest ogromnie czuły także w stosunku do samego siebie. Tak, niewątpliwie, żeby nabrać tego dystansu potrzeba czasu i rezerwuaru innych przeżyć. To one umożliwią nam ponazywanie tego, co znajduje się poza jakimkolwiek zakresem opanowania. Dają władzę nad sobą i światem, która jest absolutnie nieosiągalna w wieku lat -nastu.

Przeciwko trwodze

Kiedy myślę o zdolności norweskiego pisarza do przybierania tak wielu narracyjnych form w stosunku do siebie samego, zastanawiam się nad podstawową kwestią: czy to, co robi w „Mojej walce” Knausgård jest reprezentowaniem siebie i swojego świata? Czy też to nieprzeciętnie przebiegła konstrukcja pewnej formy, która jest na tyle pojemna, że umożliwia zmieszczenie się w niej rozmaitym czytelnikom, ze mną samym włącznie? Być może nie wiem jaki „naprawdę” jest Karl Ove Knausgård. Nie wiem, czy to realne obnażenie, czy raczej budowa swojej opowieści o przeszłości z perspektywy lat. Ale im więcej o tym myślę, tym częściej odpowiadam sobie, że to nie ma absolutnie najmniejszego znaczenia.

Nie istnieje żadna prawda absolutna o Karlu Ovem, bo nie ma takiej prawdy o żadnym z nas. Mam do czynienia z tekstem i to on jest prawdą o narratorze. Nie znam innego Knausgårda niż ta maska, którą zakłada, pisząc „Moją walkę” i nie potrzebuję innego znać. Wszystko, co dla mnie ważne, zamyka się w niepowtarzalnym doświadczeniu rozpoznania siebie w losie kogoś obcego. To towarzyszenie innemu, którego poznaję na kartach powieści; którego życie jest bliskie mojemu, a sposób ujmowania świata przypomina własny.

To doświadczenie bycia sobą w czymś, co nie należy do mnie. Przez to pełni nieprzecenioną funkcję oddalenia do samego siebie, spojrzenia na to, co trudne z przestrzeni doświadczeń innego człowieka. Knausgård pokazuje, jak często bieżąca ocena zastanego stanu rzeczy bywa w dłuższej perspektywie mylna; jak często świat i życie potrafią zaskakiwać. Bo życie, którego bolesne wykuwanie próbuje zobrazować norweski pisarz jest rwącym biegiem, z którego mogę zatrzymać tylko pojedyncze klatki, nad którymi panują zwodne mechanizmy pamięci. Ale im więcej ich pamiętam, tym bardziej znam siebie, zaś to daje mi otwartość na nowe doświadczenia. Pozbawia trwogi, lecz daje pewność, że to ode mnie zależy jaka będzie moja walka i jaką prawdę – opowieść sobą napiszę.

***

Karl Ove Knausgård, „Moja walka. Księga 4”, tłum. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, 2016.

 

Tekst ukazał się na portalu Jagielloński24.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *